Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 01.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ROZDZIAŁ XVII.

Od owego wieczora, kiedy Sara śpiewała w łódce, statek dworski już nie ukazywał się na Nilu, a książę Ramzes począł nudzić się na dobre.
Nadchodził miesiąć Mehir, grudzień. Wody opadały niżej, ziemia rozlegała się coraz szerzej, trawa była codzień wyższa i gęstsza, a wśród niej, jak barwne iskry, zapalały się kwiaty przerozmaitych kolorów, niezrównanego zapachu. Niby wyspy na zielonem morzu, ukazywały się, w ciągu jednego dnia, kwieciste kępy: białe, niebieskie, żółte, różowe, albo pstre kobierce, z których dyszała woń upajająca.
Mimo to książę nudził się, a nawet czegoś lękał. Od wyjazdu ojca sam nie był w pałacu i nikt stamtąd u niego, nie wyłączając Tutmozisa, który po ostatniej rozmowie przepadł jak wąż w trawie. Czy szanowano jego samotność, czy chciano mu dokuczyć, czy wprost lękano się odwiedzać księcia, dotkniętego niełaską?... Ramzes nie wiedział.
— A może ojciec i mnie odsunie od tronu, jak starszych braci?... — myślał niekiedy następca, i pot występował mu na czoło, a nogi ziębły.
Co on począłby w takim razie?...
W dodatku — Sara była niezdrowa: chudła, bladła, wielkie oczy zapadały się, czasem z rana narzekała na mdłości.
— Pewnie kto czary rzucił na niebogę!... — jęczała chytra Tafet, której książę nie mógł znosić za jej gadulstwo i bardzo mizerne praktyki.
Parę razy naprzykład widział następca, że Tafet wieczo-