Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 01.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Kto ciskał?
— Nie mogłem zmiarkować. Ludzie ci nie wyglądali na chłopów; prędzej na nieczystych paraszytów, którzy rozpruwają zmarłych do balsamowania.
— A kapłana widziałeś?
— Za pozwoleniem waszej czujności, to nie był kapłan, ale chyba jakiś duch, który pilnuje domu księcia następcy... oby żył wiecznie!...
— Dlaczego duch?
— Bo czasami tom go widział, a czasem gdzieś mi się podziewał.
— Może go ludzie zasłaniali?
— Z pewnością, że go czasem ludzie zasłaniali. Ale zato raz był wyższy, a inny raz niższy.
— Może właził na pagórek i złaził z niego?
— Bez zawodu musiał włazić i złazić, ale może wydłużał się i skracał, gdyż był to wielki cudotwórca. Ledwie rzekł: „Zaraz Nil przybierze“ — i wnet Nil zaczął przybierać.
— A kamienie rzucałeś, Anupa?
— Gdzieżbym śmiał rzucać kamienie w ogród następcy tronu?... Przecie ja prosty chłop, i ręka uschłaby mi po łokieć za takie świętokradztwo.
Książę kazał przerwać śledztwo. A gdy wyprowadzono oskarżonych, odezwał się do urzędnika:
— Więc ci ludzie należą do najwinniejszych?
— Rzekłeś, panie — odparł urzędnik.
— W takim razie jeszcze dzisiaj trzeba uwolnić wszystkich. Ludzie nie mogą być więzieni za to, że chcieli przekonać się, czy święty Nil przybiera, lub że słuchali muzyki.
— Najwyższa mądrość mówi przez twoje usta, erpatre — rzekł urzędnik. — Kazano mi znaleźć najwinniejszych, więc wybrałem tych, jakich znalazłem. Ale nie w mojej mocy jest powrócić im wolność.
— Dlaczego?