Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 01.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ROZDZIAŁ X.

Wtem śpiew umilkł, zagłuszony wrzawą i szelestem, jakby wielu biegnących.
— Poganie!... wrogowie Egiptu!... — wołał ktoś. — Śpiewacie, kiedy wszyscy nurzamy się w strapieniu, i chwalicie Żydówkę, która czarami swemi zatrzymała bieg Nilu...
— Biada wam! — wołał inny. — Depczecie ziemię następcy tronu... Śmierć spadnie na was i dzieci wasze!...
— Ustąpimy, ale niech wyjdzie do nas Żydówka, abyśmy jej przedstawili nasze krzywdy...
— Uciekajmy!... — krzyknęła Tafet.
— Dokąd? — spytał Gedeon.
— Nigdy! — odparła Sara, na której twarz łagodną wystąpił rumieniec gniewu. — Czyliż nie należę do następcy tronu, przed którym ci ludzie padają na twarz?
I nim ojciec i służąca opamiętali się, wybiegła na taras cała w bieli, wołając do tłumu za murem:
— Oto jestem!... Czego chcecie ode mnie?...
Gwar na chwilę ucichł, lecz znowu odezwały się groźne głosy:
— Bądź przeklęta, cudzoziemko, której grzech zatrzymuje wody Nilu!...
W powietrzu świsnęło kilka kamieni, rzuconych na oślep; jeden uderzył w czoło Sarę.
— Ojcze!... — zawołała, chwytając się za głowę.
Gedeon porwał ją na ręce i zniósł z tarasu. Wśród nocy