Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 01.djvu/024

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w rękach prostokątne tarcze, na piersiach mieli grube kaftany, niby pancerze, a na głowie czepki z chusteczkami, zasłaniającemi kark od upału. Czepki i kaftany były w pasy niebieskie z białem, lub żółte z czarnem, co robiło żołnierzy podobnymi do wielkich szerszeni.
Za przednią strażą, otoczona oddziałem toporników, posuwała się lektyka ministra, a za nią, w miedzianych hełmach i pancerzach, greckie roty, których miarowy krok przypominał uderzenia ciężkich młotów. Wtyle było słychać skrzypienie wozów, a zboku szosy przemykał się brodaty handlarz fenicki, w lektyce zawieszonej między dwoma osłami. Nad tem wszystkiem unosił się tuman złotego pyłu i gorąco.
Nagle od straży przedniej przycwałował konny żołnierz i zawiadomił ministra, że zbliża się następca tronu. Jego dostojność wysiadł z lektyki, a w tejże chwili na szosie ukazała się garstka jeźdźców, którzy zeskoczyli z koni. Poczem jeden z jeźdźców i minister zaczęli iść ku sobie, co kilka kroków zatrzymując się i kłaniając.
— Bądź pozdrowiony, synu faraona, który oby żył wiecznie! — odezwał się minister.
— Bądź pozdrowiony i żyj długo, ojcze święty — odparł następca, a potem dodał:
— Ciągnięcie tak wolno, jakby wam nogi upiłowano, a Nitager najpóźniej za dwie godziny stanie przed naszym korpusem.
— Powiedziałeś prawdę. Twój sztab maszeruje bardzo powoli.
— Mówi mi też Eunana — tu Ramzes wskazał na stojącego za sobą oficera, obwieszonego amuletami — że nie wysyłaliście patroli do wąwozów. A przecież na wypadek rzeczywistej wojny, nieprzyjaciel z tej strony mógł was napaść.
— Nie jestem dowódcą, tylko sędzią — spokojnie odpowiedział minister.
— A cóż robił Patrokles?