Przejdź do zawartości

Strona:PL Bolesław Prus - Emancypantki 01.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
XIV.
LEKARSTWO.

Mielnicki opuścił gabinet po czwartej. Słońce zaszło, i tylko różowy blask, odbity od śniegów praskich, nieco oświetlał pokój, a w nim panią Latter. Stała na środku, ręką podparłszy brodę, i widać było zdziwienie w jej pięknych oczach, na których jeszcze łzy nie obeschły.
Czuła, że przed chwilą coś zaszło, ale jej myśl zmęczona nie umiała tego sformułować. Zdawało jej się, że ona dotychczas nie żyła dla siebie, tylko dla innych, zawsze dla innych, i oto dziś przyszedł stary człowiek, prawie komiczny ze swemi oświadczynami, który wyraźnie powiedział, że — chce żyć dla niej.
Czy podobna, ażeby ktoś mógł się nią interesować?... Czy możliwe, ażeby znalazł się człowiek, który nietylko nie wymagał usług od niej, ale jeszcze chciał sam jej służyć?... Przecież to ona służyła wszystkim: pierwszemu mężowi, drugiemu, uczenicom, nauczycielom, służbie, a nadewszystko synowi i córce.
I oto dziś, kiedy już dawno skończyła lat czterdzieści i minęły jej wdzięki, kiedy ją wszyscy opuszczają, albo wyzyskują i dręczą, zjawia się człowiek, który jej mówi... Co on jej mówił?...
Panią Latter zawiodła pamięć, może skutkiem wzruszenia. Nie przypomina sobie, co mówił stary szlachcic, ale było to