Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


na której widać było ślady świec i szuwaksu, tudzież kamasze, które starały się przekonać świat, że ich obecny właściciel posiada u każdej nogi po pięć palców.
Chłopak ten trzymał w ręku tacę, pamiętającą bardzo dawne czasy, a na niej list.
— Kto przywiózł? — zapytał pan, nie patrząc nawet na służącego.
— Josek, proszę jaśnie pana!
Dziedziczny dobrodziej swojej parafji wziął list, obejrzał adres i pieczątkę, a następnie, rzuciwszy kopertę na stół, szybko przebiegł go oczami.
— Awantura! — zawołał pan. — Wyobraź sobie, że nas gwałtem, ale to gwałtem proszą na bal składkowy do powiatowej mieściny...
— Któż na nim będzie? — spytała niedbale pani.
— Gospodyniami będą panie: Kukalska i Gęgalska...
— Ach! Gęgalska... wiem! spokrewniona z hrabią Wyporkiem.
— A przez niego z Wiktorem Emanuelem — dodał uroczyście Jan Chryzostom.
— Trzeba być, kiedy Gęgalska!... — szepnęła zamyślona pani.
— Składka dziesięć rubli — rzekł jakby do siebie pan. — A przytem toaleta!...
— To najmniejsza! poślemy po nią do Warszawy — odpowiedziała pani, pragnąc widocznie pocieszyć i uspokoić małżonka.
Usłyszawszy to, Jan Chryzostom oparł głowę na ręku i począł palcami bębnić w czoło. Ludzie złośliwi sądzićby mogli, że z tego czoła nic się już nie wybębni nawet obuchem; stało się jednak inaczej. Zafrasowany Letkiewicz widocznie jakiś plan musiał wystraszyć ze swej głowy, rozkazał bowiem lokajowi wezwać Joska do gabinetu.
Potem wstał i pełnym szacunku pocałunkiem pożegnał