Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wilczołapy — wraz z budynkami, inwentarzami, narzędziami, powozami i meblami — warte były dwakroć; długi zaś państwa hipoteczne i osobiste przenosiły sto osiemdziesiąt tysięcy. Całe ich szczęście, a może nieszczęście, było to, że ani na lekarstwo nie mieli dzieci, co ich jednak nie trapiło, pani bowiem chciała być wiecznie młodą, pan zaś chciał całe życie być wolnym od kajdan rodzinnych.
Podobny skład rzeczy pesymista nazwałby opłakanym, oboje jednak Letkiewiczowie byli dobrej myśli. Silna imaginacja podszeptywała im, że wcześniej lub później muszą odziedziczyć spadek po jakimś nieznanym krewnym, który dotychczas przynajmniej nie figurował na ich drzewie genealogicznem, lecz w każdym razie posiadać musiał nadwątlone zdrowie i miljonowy majątek. Jedno ich tylko martwiło, to mianowicie, że domyślny krewny nazbyt długo nie umierał, a tym sposobem nie pozwalał im przystąpić do budowy pałacu z dwiema wieżami i kuchnią w suterynach, o którym oddawna marzyli.
W oczekiwaniu na pałac z paryskiemi meblami i angielską służbą, przepędzali czas w kaducznie podszarzanym wilczołapskim dworze. Wprawdzie na podłogach jego sterczały drzazgi, ze ścian tynk oblatywał, okna w kredensie zalepione były papierami; wprawdzie połowa drzwi nie domykała się, klamki były poukręcane, portjery i meble spłowiały, dywany móle stoczyły, — lecz na drobiazgi te nikt nie zważał. Dusze obojga państwa mieszkały w pałacu z dwiema wieżami i kuchniami w suterynach, a cielesne oczy ich nigdy nie zniżały się do rozpatrywania rzeczy nieestetycznych.
Dnia dzisiejszego o godzinie dwunastej, oboje państwo byli razem, ona w bieli, on w pięknym niegdyś szlafroku z popielatego sukna, z ponsowemi wyłogami. Jedli śniadanie, przyczem mniej pobłażliwy obserwator łatwo mógłby dostrzec, że cera pani nie o wiele była jaśniejszą od mlecznej