Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


a tłum obecnych, wzdychając lub pogwizdując, stosownie do usposobienia, rozproszył się na cztery wiatry.


∗             ∗

Naftowa lampka na parterze (przywiązana do szczebla schodów, celem zabezpieczenia jej przeciw konsekwencjom miejscowego pozytywizmu), ligroinowy kinkiet na pierwszem piętrze i dwie stearynowe świece na drugiem zalewały potokami jasności trakt do znanego z cnót rodzinnych domu państwa Pasternakowskich.
Na trakcie tym co chwila rozlegał się stukot eleganckich kamaszy reprezentantów rodu jaszczurczego, lub przejmujący aż do szpiku szelest powiewnych sukienek, lub wreszcie majestatyczne, a zarazem ochładzające zataczanie się poważnych mam i cioteczek.
Każdy taki transport towaru, przeznaczonego do wypijania herbaty, wdzięcznego szczebiotania, zapełniania kanap, lub podkręcania wąsików i robienia tysiącznych grzeczności damom, na pierwszym stopniu schodów pierwszego piętra z nieporównanym wdziękiem witał uprzejmy gospodarz, który jednocześnie sprawdzał, czy nie skradziono lampki, czy szkło w kinkiecie nie pękło i czy świece stearynowe palą się według ekonomicznych zasad. Wyściskawszy i wycałowawszy gości, tudzież zaprowadziwszy potrzebne meljoracje w przyrządach oświetlających, uśmiechnięty gospodarz wbiegał na momencik do kuchni, wymawiał tam cyfrę mającą pewien związek z liczbą przybyłych, a następnie zachęcał do pośpiechu młodą i jędrną kuchareczkę w sposób, nie mający związku ani z oświetleniem, ani z liczbą przybyłych, ani z bezświadomością.
Około ósmej wszystkie miejsca salonu gościnnych Pasternakowskich były zajęte tak dalece, że niektórzy z obecnych musieli podpierać piec i ściany, inni, spacerujący, potykać się o bogaty dywan, a jeszcze inni z utęsknieniem spoglądać na