Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mógł się obawiać, aby jego, dość zresztą nieokreślone idee o trychinach nie skrystalizowały się w prawdziwe trychiny, albo jakiś inny tak dla jego osoby, jak i dla ogółu niepomyślny wypadek.
Ponure, od paru godzin trwające rozmyślania Diogenesa już to o pasorzytach wogóle, a o wnętrzakach w szczególności, już to o szkodliwym wpływie tych ostatnich na pewne indywidua bezpośrednio, a na przebieg dziejów powszechnych pośrednio, przerwane zostały niecierpliwem lecz pełnem uszanowania pukaniem do drzwi, które na okrzyk Dyncia: Entrez! otworzyły się, odsłaniając drobną, lecz od stóp do głów elegancką postać pana Kajetana Dryndulskiego.
— Pozdrowienie, uszanowanie, powitanie! — paplał przybyły. — Ach, och! jaki śpioch!... (od wschodu słońca jestem w poetycznem usposobieniu). Jedenasta bieży, a on jeszcze leży... (zawsze mam pełne usta wierszy!) Pewnie wczoraj długo pracowaliśmy, a dziś zaspaliśmy. (Ta łatwość wierszowania niekiedy mnie samego kłopocze). Ja tymczasem od rana, zbieram nowiny dla pana i takie ich mnóstwo mam, że ledwie oddycham... („Tygodnik“ mówi, że nie jestem poetą... cha!...).
Mówiąc to, przybyły szastał się po całym pokoju, jakby podłoga szpilkami była najeżona i kręcił tułowiem tak, jakby mu kto za aksamitną marynarkę rozpalonych węgli nasypał. Tymczasem poważny Diogenes, trzymając się obu rękami za poręcz łóżka, na wytartym dywaniku oparł piętę lewej nogi i bezmyślnie przypatrywał się jej wyschłym palcom.
Frygowaty Dryndulski wciąż paplał:
— Jak ptaszek dziś zerwałem się, zimną wodą oblałem się, i niezwłocznie na miasto się wybrałem, bo dziwne jakieś przeczucia miałem...
— Tak samo i ja!... — przerwał półgłosem Fajtuś.
— A co?... — wykrzyknął zachwycony gość. — Piękne umysły się stykają, podobne przeczucia mają (jak mówi fran-