Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


łzami, szczególniej słuchając ustępów, poświęconych jego osobie.
Skończywszy czytanie, zapytałem, co o tem sądzi?
— Pyszny jesteś, prezesie! — zawołał. — Więc ty, przy pojedynku śmiałeś się ze swego kija, nie ze mnie, a ja... chciałem cię zastrzelić... Doskonała pomyłka!...
— Ale — rzekł po chwili — widzę, że djabelnie starzejesz się, kochany prezesie...
— Skądże znowu ten szczególny wniosek?
— Nie szczególny, ale bardzo prosty. Zamiast napisać w dwu wierszach: „Zgubiłem angielski parasol, ze srebrną rączką taką i taką — a znalazcy dam pięćdziesiąt rubli nagrody,“ — ty, prezesie, pleciesz, jak stara baba, o całej dywizji wypadków, nie mających żadnego związku z parasolem.
Coprawda, jesteś, prezesie, skończony filister, a do tego... chory na gorączkę — dodał, uderzając mnie z całej siły w kolano.
Osądź-że pan teraz bezstronnie: czy Steinberg nie jest grubjaninem? Ale nadewszystko — nie zapominaj o moim pamiątkowym parasolu.“

Na tem kończą się przygody pana Wesołowskiego, tudzież jego kija.