Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Myślałem, że zemdleję; w oczach mi pociemniało. Nareszcie, zdobywszy się na ostatni wysiłek, zapytałem dosyć ostro:
— I któż odniósł moją laskę?
— Woźny z teatru Wielkiego — odparła Ewcia.
Tego już było za wiele. Przez cały czas śniadania nie śmiałem ust otworzyć.
Gdy Ludka i Mieczysław wstali od stołu, Ewcia odezwała się nieco przyciszonym głosem:
— Twoją laskę przyniósł kelner z restauracji „Pod Kometą.“ Z osobnego gabinetu.
Gwałtownie odsunęła krzesło i wyszła.
Schwyciłem mój kij, i wsiadłszy w dorożkę, pojechałem „Pod Kometę,“ z zamiarem połamania murzynka na grzecznym kelnerze. Ale człowiek ten rozbroił mnie jednem słówkiem.
— Tyś odniósł mój kij do domu? — zapytałem go.
— Ja, jaśnie panie.
— A... A kto ci powiedział, gdzie mieszkam i kim jestem?
— O! — uśmiechnął się — jaśnie pana zna całe miasto. Wszyscy wiedzą, że pan zabił pułkownika.
— Pułkownik Steinberg żyje...
— Ten może i żyje, ale tamten, co go jaśnie pan golnął w brzuch, wcale nie żyje. Sam przecie byłem na pogrzebie.
— Przeklęta popularność! — pomyślałem. — Nawet gniewać się nie mogę na tego osła.
— A na drugi raz — rzekłem, dając kelnerowi rubla — nie bądź taki usłużny i niczego nie odnoś mi do domu.
— Nic nie odniosę, choćbym znalazł pulares jaśnie pana — odpowiedział, bezczelnie patrząc mi w oczy.
— No — rzekłem do siebie, skończywszy z kelnerem — wobec Ewci jestem bez ratunku zgubiony; ale zato przekonałem się dziś, że już mówi o mnie cała Warszawa. O wyższem stanowisku nawet marzyć nie można.