Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


natomiast znalazłem ową miłą dziewczynkę, której kiedyś przypatrywałem się przez okno.
Posiedziałem w sklepie z pół godziny, wyściskałem sklepowej rączki, dowiedziałem się, gdzie mieszka. I oto między mną a nią zawiązały się serdeczne, choć czysto idealne stosunki, właśnie — dzięki mojemu murzynkowi.
Byłem tak zadowolony, żem nawet puścił w niepamięć jego dawniejsze sprawki.
Znajomość nasza ze sklepową trwała do połowy zimy. Widziałem, jak dziecko to przywiązuje się do mnie, jak korzysta z moich rad, z jaką wdzięcznością przyjmuje drobne podarunki. Dziewczątko czyste i niewinne jak łza.
Jednego dnia spotkałem Józię na ulicy i spędziłem z nią parę godzin „Pod Kometą,“ ostrzegając o sidłach, zastawianych na niewinność przez lekkomyślną młodzież, albo zepsutych starców. Rozmarzony, wróciłem do domu około północy i dopiero na schodach spostrzegłem, że... znowu zgubiłem murzynka!
Ewcia jeszcze nie spała.
— Gdzie byłeś, Ludwiku?
— Na operze.
— Cóż grali?
— „Fausta.“
— Znasz go przecie.
— Ale zawsze lubię go posłuchać. Dobranoc, głowa mnie trochę boli.
Serdecznie ucałowałem Ewcię, ale duszę nurtował mi niepokój.
„Zobaczycie — myślałem, — że ten przeklęty murzyn znowu narobi mi zmartwienia!“
Zasnąłem późno i późno obudziłem się na drugi dzień. Gdy zaś o jedenastej usiedliśmy z dziećmi do śniadania, Ewcia odezwała się niby tak sobie:
— Wiesz?... odnieśli ci twoją faworytalną laskę.