Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Odbyła się ona akurat w tydzień później, w Resursie Obywatelskiej, na zgromadzeniu ogólnem.
Gdyśmy weszli do dużej sali, było w niej już paruset mężczyzn, siedzących na ławach i krzesłach, jak w parlamencie. Niektórzy z tych panów rozmawiali o teatrze, albo o cenach zboża, jeden drzemał, jeden piłował sobie paznogcie, a jeden (o ile mogłem wyrozumieć) dowodził płaczliwym głosem, że skutkiem niedołęstwa, czy złej woli zarządu, Towarzystwo musi zbankrutować, ponieważ w sprawozdaniu budżetowem znajduje się omyłka, wynosząca dwa ruble i siedemnaście kopiejek,
— Któż zaś nam zaręczy, panowie! — biadał dalej mówca — czy na rok przyszły cyfra ta nie posunie się o kilka miejsc wyżej i nie spowoduje omyłki o dwieście tysięcy, lub nawet o dwa miljony rubli?...
Po tych słowach obecni zaczęli bardzo hałasować, a najbardziej — siedzący przed nami otyły olbrzym. Był to człowiek w moim wieku z najeżonemi wąsami i fizjognomją tygrysa. Odpowiadając poprzednikowi, boleśnie udeptał swego sąsiada w nagniotek, Biedrzyńskiego trącił w piersi krzesełkiem, i nie pytany ani upoważniony, krzyczał ogromnym głosem, że w tem zgromadzeniu nikomu ufać nie można, ani oponentom, ani zarządowi.
Wiele czasu upłynęło, zanim dzwonek uspokoił zamieszki. Niektórzy, ziewając, zaczęli już wychodzić. Wtedy Biedrzyński pobiegł do prezydjalnego stołu i coś poszeptał z siedzącymi za nim dygnitarzami. Mimowolnie westchnąłem, pomyślawszy, jak poważnie wyglądałbym za takim stołem...
Niebawem wrócił do mnie zadyszany Teofil, wołając:
— Mów, mów!... masz głos. Podałem cię na kandydata.
Jednocześnie prezydujący wezwał mnie do zabrania głosu.
Gdym powstał, jegomość z najeżonemi wąsami odwrócił się do mnie z krzesłem, i patrząc mi w oczy, zapytał Teofila:
— Cóż to za nowy Demostenes?