Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tem uderzał się o ściany, i nareszcie — wpadł na okno tak gwałtownie, że wyleciało na ulicę.
Na hałas zbiegła się służba i sam naczelnik ekspedycji.
— „Co to znaczy?... co pan wyrabiasz?“ — woła naczelnik. — „Gdzie rachunki?...“
— „Nie skończyłem, nie mogę pióra utrzymać w ręku“ — odpowiada Gębarzewski.
Wtem — kamasz zsunął mu się z nogi. Mój chłopak pochyla się i pada na ziemię, potrącając przytem naczelnika.
— „Pan jesteś pijany!“ — woła naczelnik.
— „Nie, panie! To anioł Gabrjel pozbawił mnie siły tarcia...“
Tego było za wiele. Naczelnik, ateusz i pozytywista, zamiast zbadać rzecz głębiej, polecił woźnym wsadzić Gębarzewskiego do sanek i odwieźć go do domu, a sam złożył raport do zarządu.
Nieszczęśliwy chłopak, znalazłszy się na ulicy, kazał jechać do pewnych państwa, którzy byli spokrewnieni z dyrektorem i Gębarzewskiego dosyć lubili. Tu jednak przyszło mu wdrapywać się na schody; uważajcie, na schody, bardziej ślizgie niż lód! Ile razy potknął się i stoczył z nich biedak, tego on sam nawet nie pamięta; ostatecznie jednak wszedł na piętro, czepiając się szczeblów poręczy swojemi ślizgiemi rękoma, jak hakami.
Krewni dyrektora siedzieli właśnie przy kolacji z kilkoma nieznanemi osobami. Gębarzewski, nie chcąc opowiadać o swem nieszczęściu przy obcych, dotarł jakoś do stołu, umieścił się na krześle i, naglony przez gospodarzy, począł jeść i pić.
Wieczór ten był dla niego torturą. Co moment chwiał się na krześle (dzięki ślizgości swego ciała) i bezustannie skupiał całą uwagę, ażeby nie upaść. Trudno też opowiedzieć, jakich używał sztuk, aby utrzymać w ręku szklankę, nóż i widelec, które mu się wciąż wymykały. Był tak zaprzątnięty