Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Kochany sąsiedzie — rzekł po powitaniu Marek do Mateusza — odnoszę ci twoje pięćset rubli, bo mi już nie są potrzebne. Pan Antoni pożyczył mi na dogodniejszych warunkach.
Mateusz usiadł na łóżku zdumiony.
— To... to... No, niechże kochany sąsiad zawsze już do terminu dotrzyma...
— O dziękuję! — zawołał pan Marek. — Co mi djabli po terminie, kiedy za dziesięć dni będę ci musiał dać procentu pięćdziesiąt rubli, a panu Antoniemu za całe pół roku tylko dwadzieścia pięć...
— Kiedy już czas upłynął, kiedy już za późno! — mówił płaczliwym głosem chory. — Ułożyliśmy się z szanownym sąsiadem, że gdyby mi w ciągu pięciu godzin mógł zwrócić, w takim razie...
— W takim razie sąsiad weźmiesz tylko pięć rubli — wtrącił Marek.
— Pieniądze dane były o dziesiątej, że zaś jeszcze niema trzeciej, więc termin nie upłynął — dodaje Antoni.
— Ale już dawno po trzeciej, już musi być... przynajmniej wpół do czwartej! — jęczy chory.
— Z pewnością niema!
— Jacy uparci ludzie! — zawołał rozdrażniony pan Mateusz, sięgając pod poduszkę i wydobywając złoty zegarek z grubą dewizką.
— A u pana co ten zegarek robi? — zapytał surowo Antoni. — Leon mówił nam, że mu zginął...
— Leon?... zginął?... o przewrotności ludzka! — bełkocze chory.
Jakby na komendę ukazali się we drzwiach numeru Władysław z bardzo przygnębionym Leonem.
— Akurat przydaliście się — mówi Antoni. — Pierwej jednak, sąsiedzie Mateuszu, skończmy z Markiem. Cóż, przyj-