Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


PANI MARKOWA. Nic nie rozumiem?... co to znaczy?...
ANTONI. To znaczy, że znajomy pana Leona jest sobie poprostu kieszonkowym złodziejem. (Wchodzi Leon). Aha! dobrze, żeś przyszedł. Gdzie mieszka ten pan Feliks?
LEON. Nie wiem...
WŁADYSŁAW. A jakże się nazywa?...
LEON. Jakoś... Dalibóg, zapomniałem...
ANTONI. Ładnie się bawisz, Leonku, i doskonałych wybierasz sobie przyjaciół. Powinszuję ojcu!

∗             ∗

Jęczący, stękający, obandażowany, leżał pan Mateusz w znanem nam już mieszkaniu, pod dozorem Moszka, który, mówiąc nawiasem, bardzo lubił swego pryncypała i teraz w chorobie, zabawiał go pogawędką o interesach.
— To już pan nie kupi kamienicy? — pytał Żydek.
— Niech ją tam gęś kopnie i całą Warszawę razem, gdzie w biały dzień na środku ulicy rozbijają.
— Racja, a zresztą coby pan tu robił? W Warszawie takich, którzy dają na procenta, jest huk i zarobki niewielkie, a u nas zawdy łatwiej... Jakże pan zrobił z bankiem? — dodał po chwili.
— Daj mi spokój, nie mów mi nawet o banku! Tu chcą poręczycieli...
— Pan znajdzie poręczycieli.
— Chcą, żebym coś sam złożył.
— Niech pan złoży.
— Aha dobrze! A jeżeli bank zbankrutuje, to kto mi odda?
— Ajwaj! jaki pan mądry... A jak pan zbankrutuje, to kto bankowi odda?...
Drzwi otworzyły się, i pan Antoni z Markiem do numeru weszli.