Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


MATEUSZ. Uprzejmie dziękuję! (cicho do Leona) A czy niema tam znowu jakich wyderkafów?
LEON (cicho do Mateusza). Jeżeli są znajome damy, wypada zawsze postawić szampana... Czybyś sąsiad nie był łaskaw... parę rubli, bo inaczej będę musiał... zegarek...
MATEUSZ (cicho). Nie mam... jak cię kocham!...
MAREK. Idźmy raz na ten obiad! Panie Mateuszu, pójdź z nami...
MATEUSZ. Sąsiad taki łaskaw...
MAREK (cicho do Mateusza). Po obiedzie pogadamy parę słów na osobności, bo...
MATEUSZ. Hum!... rozumiem... owszem, ale z bardzo króciuteczkim terminem.

∗             ∗

Po skromnym obiadku, w ciągu którego pan Marek, podbudzony nadzieją uzyskania kilkuset rubli pożyczki, zdwoił porcją zupy, a potrajał porcją sztuki mięsa, pieczeni i leguminy, poczciwy Mateusz wybrał się wreszcie na wystawę. Świeżo mając w pamięci przepisy co do omnibusów, oszczędny ten człowiek uplacował się niedaleko poczty, zatrzymywał każdy przejeżdżający wehikuł i zapytywał każdego konduktora:
— Czy do wystawy, moje dziecko?
— Do wystawy, niech pan siada — odpowiadał konduktor, szczękając dzwonkiem i otwierając drzwiczki.
— Jeżeli tak, to jedź z Bogiem, serce — kończył pan Mateusz, cofając się na swoje stanowisko i oczekując nowej zdobyczy.
Nadjechał wreszcie jakiś mocno nadwerężony klekot.
— Hola! hola! czy na wystawę jedziesz, kochanku?
— Nie, panie, ale w tamtą stronę — odpowiedział konduktor, człowiek, który w południe miał minę dziada, a nad wieczorem rozbójnika.