Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ten czas znajomość z czekoladowym angielskim charcikiem. Wreszcie ruszamy.
Gąska kapitalna!... — żegnają nas eleganci.
— Wyjdźmy już, mamo, z ogrodu — mówi ze łzami w oczach panna Zofja.
— Aaa!... upadam do nóg za ten wasz Ogród Saski — irytuje się mama — już mnie tu drugi raz nie zobaczycie... Wolę ja swój sad w K...
— Moje nowe rękawiczki za siedemdziesiąt pięć kopiejek pęknięte!... — wzdycha Władzio, i zapewnie skutkiem zmartwienia, przy samem wyjściu przydeptuje i obrywa łokciowy ogon jakiejś damie.
— A... fu... otom się skąpał!... — myślę i postanawiam odtąd nigdy nie akompanjować na spacerach antypodom, którym się nie podoba Ogród Saski.

∗             ∗

Nam jednak, bądź rodowitym, bądź naturalizowanym warszawiakom, wystarcza ta klatka bez dachu. Mamy w niej, co prawda, zakurzone i „połatane,“ lecz zawsze dość jak dla nas zielone drzewa; mamy klomby, wprawdzie niekoniecznie czyste, ale wygodne i do naszych wyobrażeń o porządku wcale nieźle zastosowane; nie brak też miejscami kwiatów różnobarwnych i trawników płowych, a przypominających od tygodnia niegoloną dziadowską brodę.
A ile tam alei kasztanami wysadzanych, ile gracowanych ulic, jaki obszar!... Wprawdzie na szerokość ogród nasz nie ma więcej jak około trzystu sześćdziesięciu pensjonarskich kroków, lecz za to długi jest na sześćset przeszło kroków tragicznych, takich, jakiemi prowincjonalni artyści posługują się dla wywołania najwyższego efektu.
Oprócz budynków, nie mających wielkiego związku z galerjami sztuk pięknych, prócz cukierni i mleczarni, posiadamy w tym lubym zakątku namiot owocowy, pyszną altankę wód