Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/022

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— I ja o lody — powtarza córka.
— To i ja o lody — konkluduje Władzio.
— A ty, panie Bolesławie?...
— Proszę o czarną kawę...
— A dla Frania ciasteczko — decyduje jejmość.
Markier znika i po pewnym czasie zjawia się z tacą pełną żądanych efektów.
— Ach! jakie małe porcje lodów!... — dziwi się mama.
— Może państwo będą łaskawe zapłacić zara.
— Cóż to znaczy?... alboż my uciekamy?...
— Ja tego nie mówię, ale niektóre goście są takie, że wychodzą i nie płacą — wyjaśnia egzekutor.
Czuję, że jestem tak ponsowy, jak panna Zofja i jej mama, która, nie ociągając się dłużej, wydobywa woreczek i pyta:
— Co się należy?...
— Trzy porcje lodów — rachuje markier — czterdzieści pięć kopiejek...
— Takie małe porcje po piętnaście kopiejek?
— Ja nic na to nie poradzę!... Filiżanka kawy siedem i pół kopiejek...
— Na Nowym Świecie pięć kopiejek — przerywa dama.
— Ja nic na to nie poradzę!... Ciasteczko pięć kopiejek.
— Gdzie indziej lepsze kosztuje trzy...
— Razem pięćdziesiąt siedem i pół kopiejek — sumuje markier.
Przez ten czas wycelowano na nas wszystkie szkiełka; w powietrzu poczynają się krzyżować uwagi.
— Wełna!... — mówi jeden.
— Facet w żokiejce jest pyszny... wygląda na forysia...
Gąska niczego, choć anachronicznie ubrana.
Słuchając tych uwag, towarzystwo moje kręci się; ja jestem fioletowy, i nawet Franio ma minę przestraszonego. Tylko ostrzyżona Bibi zachowuje się obojętnie i robi przez