Strona:PL Bolesław Leśmian-Dziejba leśna.djvu/070

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Jakby do śpiewu. Choć śpiewu nie słyszę,
    Wiem, że śpiewają — i wsłuchany w ciszę
    Ich warg, niemotą drętwych beznadziejną,
    Te słowa chwytam napozór kolejno:
    «Czy kto nas wyśnił? I skąd nasza dola?
    I czy to prawda, że wracamy z pola?
    I czy to prawda, że my w sobie — żywe?
    Śnijmy się nadal — zgodne i cierpliwe!»
    Choć słów tych niema, lecz słyszę je w chwili,
    Kiedy pomyślę, że tak być powinno.
    Zorza ku głębiom strumieni się chyli,
    Ściekając złotem i purpurą płynną,
    Bieleją brzozy, krwawią się czereśnie —
    Wszystko to we śnie.

    Wszystko to we śnie. Gdy chylę w sen głowę,
    Dziewczęta chylą tak samo swe skronie...
    Przechodzą teraz przez nagłą dąbrowę,
    Której nie było, a która, ustronie
    Wprzód upatrzywszy, w sieć snu siebie chwyta
    I na spotkanie idącym rozkwita,
    Szumiąc zieleni zaklętą pierwszyzną,
    Nieprzewidzianą, a bujną i żyzną,
    Wśród której życie, przemieszane z zorzą,
    Przeświecające wraz z niebem przez liście,
    Purpurowieje mętnie i cieniście.
    Na widnokręgu obłoki się mnożą.
    Od dziewcząt cienie padają ukośne
    I jednoczesne i dziwnie nieznośne,
    Jak gdyby poto wysnuły się drogą,
    Aby mi dowieść, że mają od kogo
    I na co upaść... I błędne motyle
    Na pokaz, z trudem swój kształt w zorzy trwalą.