Strona:PL Beaumarchais-Cyrulik Sewilski.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
107
Cyrulik sewilski

BARTOLO. No i czemużeś tam nie został, zamiast odmieniać profesję?
FIGARO. Człowiek robi co może; postaw się pan na mojem miejscu.
BARTOLO. Na twojem miejscu! Ech, do kroćset! dopierożbym głupstwa gadał!
FIGARO. Zaczyna pan wcale nieźle; zdaję się w tem na sąd pańskiego kolegi, który oto stoi zagapiony...
HRABIA, przytomniejąc. Ja... ja nie jestem kolegą doktora.
FIGARO. Nie? Patrząc na pańską konsultację, myślałem, że pracujecie w tym samym ogródku.
BARTOLO. Koniec końców, co cię sprowadza? Masz może jeszcze jaki list do oddania tej pani? Mów, czy mam się usunąć?
FIGARO. Jaki z pana szorstki człowiek! Do kaduka, przychodzę pana poprostu ogolić, to wszystko: czy to nie pański dzień dzisiaj?
BARTOLO. Możesz przyjść później.
FIGARO. Właśnie! później! Cały garnizon bierze jutro rano na przeczyszczenie: uzyskałem, przez swoje wysokie stosunki, iż oddano mi go w arendę. Osądź pan, czy mam czas do stracenia! Przejdzie pan do siebie?
BARTOLO. Nie, nie przejdzie pan do siebie. Ale... czemuż nie miałbyś mnie ogolić tutaj?
ROZYNA, wzgardliwie. Bardzo pan grzeczny! Czemu nie w moim pokoju!
BARTOLO. Gniewasz się? daruj, dziecko, kończ lekcję; nie chciałbym ani na chwilę tracić przyjemności słuchania.
FIGARO, cicho, do hrabiego. Nie wyrwiemy go stąd! (Głośno). Hej tam, Żywiec, Młokos? miednicę, wody, wszystko co trzeba.
BARTOLO. Aha, wołaj, wołaj. Toć zniszczyłeś, zmordowałeś, wycieńczyłeś ich do tego stopnia, że trzeba było czemprędzej wyprawić ich do łóżka.