Strona:PL Beaumarchais-Cyrulik Sewilski.djvu/080

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
74
Beaumarchais

ROZYNA. Ach, jak to ślicznie... dla pańskiego krewniaka. A ta osoba, to...
FIGARO. Nie nazwałem jej?
ROZYNA, żywo. Właśnie tego jednego zapomniał pan, panie Figaro. Powiedzże, powiedz prędko; gdyby ktoś wszedł, nie dowiedziałabym się...
FIGARO. Chce pani koniecznie? Dobrze więc! zatem, ta osoba jest... pupilką twego opiekuna.
ROZYNA. Pupilką...?
FIGARO. Doktora Bartolo: tak, pani.
ROZYNA, wzruszona. Ach, panie Figaro! nie wierzę panu, zaręczam.
FIGARO. Dlatego właśnie Lindor pała najgorętszą chęcią, aby panią przekonać o tem osobiście.
ROZYNA. Panie Figaro, drżę cała.
FIGARO. Fe, któż widział drżyć! to zła rachuba, pani: kto się poddaje obawie niebezpieczeństwa, odczuwa, tem samem, niebezpieczeństwo obawy. Zresztą, przychodzę, aby panienkę uwolnić od wszystkich strażników aż do jutra.
ROZYNA. Jeśli mnie kocha, powinien tego dowieść zachowując się rozsądnie.
FIGARO. Ech, pani, alboż miłość i rozsądek mogą gnieździć się obok siebie? Biedna młodzież jest dziś tak nieszczęśliwa, że ma przed sobą tylko ten straszliwy wybór: miłość bez rozsądku, albo rozsądek bez miłości.
ROZYNA, spuszczając oczy. Rozsądek bez miłości... zdaje się...
FIGARO. Och, tak: bardzo nudny. Sądzę, w istocie, że miłość bez rozsądku przedstawia się powabniej; i, co do mnie, gdybym był kobietą...
ROZYNA, zakłopotana. To pewne, że młoda osoba nie może bronić godnemu człowiekowi aby ją szacował...
FIGARO. Toteż, mój krewniak szacuje panią nieskończenie.