Strona:PL Barrie - Przygody Piotrusia Pana.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Należałoby ją okryć czemś, co się nie boi zimna, — orzekli lekarze. Tem czemś miała być tafla z lodu. Ale myśl ta nie podobała się królowej, bo jak mówiła, lód może się stopić, więc pomysł uznano za niedorzeczny.
Poczciwe elfy wytężyły wszystkie siły, żeby przenieść Tonię na inne miejsce. Ale pomimo, że było ich takie mrowie, Tonia okazała się i tak za ciężką dla nich. Już elficzki poczęły popłakiwać i obcierać noski maleńkiemi chusteczkami, gdy nagle w główkach bożków miłości, zaświtała bajeczna myśl. „Wybudujmy nad nią domek!“ wykrzyknęły i wszyscy natychmiast zabrali się do roboty. Najlepsi budowniczowie biegali dokoła Toni, żeby wziąć dokładną miarę, poczem 75 murarzy przywlokło kamień węgielny, który poświęciła królowa. Dokoła placu ustawiono straże i kazano im pilnować, by nikt nie śmiał przerwać zaczętej pracy. W mig wzniesiono rusztowanie i cały plac rozbrzmiał łoskotem młotków i siekier. Nie minął kwadrans, a już jedni robotnicy kryli domek czerwoną dachówką, inni wprawiali szyby w ramy okien.
Domek był prześliczny; w sam raz dość duży, by pomieścić uśpioną w nim Tonię. Trochę kłopotu sprawiło elfom jedno ramię Toni, odrzucone na bok.