Strona:PL Barrie - Przygody Piotrusia Pana.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mrozik, co?“ — na co wiąz zaskrzypiał: — „Tak, ujdzie! ale waćpanna musiałaś tęgo zmarznąć, bo ciągle stoisz na jednej nodze“. I rzekłszy to, począł dla rozgrzania bić się po bokach gałęźmi, jak to nieraz czynią dorożkarze. Tonia dziwiła się coraz więcej, bo wszystkie drzewa dokoła biły się także gałęźmi po bokach, — więc wysunąwszy się ze swej kryjówki, pobiegła ku rozłożystej palmie, żeby się schronić pod jej liśćmi. Palma wzruszyła ramionami na jej widok, ale nie broniła wstępu pod swój baldachim
Toni nie było zimno. Szare jej futerko i futrzana czapeczka okrywały ją tak szczelnie, że widać było zaledwie śliczną jej różową buźkę i złociste loki. Oprócz futerka takie mnóstwo ciepłych rzeczy zabezpieczało ją od zimna, że Tonia wyglądała, jak kłębuszek szarej bawełny.
Mnóstwo drzew zaczęło przechadzać się wzdłuż Aleji dzidziusiów, a gdy zaciekawiona Tonia nadbiegła ku nim, ujrzała krzewy magnolii i bzu przeskakujące ogrodzenie i spieszące ku ścieżce, gdzie reszta towarzystwa używała ruchu i przechadzki. Przeważnie drzewka i krzewy podpierały się kołkami, do których je przywiązał ogrodnik. Bez podskakiwał wesoło na ścieżce i opowiadał coś z wielkim ferworem dwom młodziutkim pigwom. I one wspierały się na