Strona:PL Antoni Malczewski, jego żywot i pisma.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Długo przedzierała się jeszcze przez gęste krzaki koło strumienia, a nareszcie ocknąwszy się z głębokiego zapomnienia, wyrzekła „Pójdę wyszukać świątynię miłości, przecież może jeszcze nie zastanę zwalisk.“ Wkrótce stanęła na ulubionem miejscu. Ta świątynia stała między różami, wiosniana minęła już pora, już niebyło pączków, róże odkwitły, a liście obleciały. Zbliżywszy się do statui Kupidyna rzucił jej wiatr pod nogi gałąź tarniny, a z bliskiego drzewa spadło jej kilka zwiędłych listków na głowę. Ponuro spojrzała na różane krzaki, i podjęła tarninę, spojrzała i na drzewa z wiosnianej ogołocone ozdoby. „Jakaż nauka!“ wyrzekła, „smutne listki! przypadkiem w moje dostaliście się ręce, użyję was. O miłości! wszystko w około twej świątyni oznacza, że wzgardzasz kwiatami jesieni, i gdy czas kwitnący róży upłynie, wtenczas otaczają cię głogi. Bóg cię żegnaj!..“
Julia odeszła spieszno, lecz zatrzymana gałązkami drzew laurowych, między któremi stał kościoł Apolina, zastanowiła się nad ustawiczną ich zielonością i rzekła: „Was jesień nie zatrwoży!“ Raptownie zabłysnął w jej sercu promień boskiej nadziei, wbiegła do świątyni, i rzuciwszy się