Strona:PL Antoni Lange - Malczewski i kilka erotyków.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ZOFJA

Jakże zaś mam nie wierzyć, kiedy ze sto razy
Z jego woli wpadałam w stan boskiej ekstazy.
I choćby moje nerwy nie wiem jak cierpiały,
I choćby mi pękała dusza na kawały:
On przychodzi — on patrzy mi w oczy — i ręką
Dotyka — i natychmiast to, co było męką,
W słodki sen się przemienia — w ciszę niepojętą.
W duszy mej uroczyste promienieje święto —
Widzę wszystko, co było, co jest i co będzie —
Co jest w nim — co jest w tobie... Ja jestem narzędzie,
Przez które płynie strumień niewidzialnych rzeczy.
Antoni mię w ten sposób od mych cierpień leczy,
A choć jam rozdrażniona, chociaż zła i licha:
Z takich snów wstaję zdrowa i dobra, i cicha.

(Doktór od Malczewskiego idzie ku Załuskiemu i Zofji)


DOKTÓR

Mój Jerzy, chwilę pomów tu z panem Antonim,
Ja muszę z panią Zofją porozmawiać o nim.

(Załuski zwraca się do Malczewskiego, doktór — do Zofji)

Wybaczy pani. Bywa czasem chwila taka,
Ze trzeba męstwa. Mąż twój chory jest na raka.
Rzecz to zła. Jaka bywa istotna przyczyna
Tej choroby, dotychczas nie wie medycyna
I środka na nią nie ma. Leczyć jej nie zdolna.
Choroba to śmiertelna — ciężka i mozolna,
Bo w całym organiźmie krwawe szerzy rany.
Źle zwłaszcza, jeśli doktór za późno wezwany.