Strona:PL Antologia poetów obcych.djvu/376

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tutaj, sądziłem że wiek mój ubieży
Nu żółtym piasku albo na czółenku.
Ale uciekłem od Wołgi wybrzeży,
Od biednych flisów nędzarskiego jęku.
Dawno go moje nie słyszały uszy
Jakby wołania przeszłości dalekiéj...
Och! raz pamiętam, tak straszy, tak głuszy,
Żem chciał go zbadać i szedłem wzdłuż rzeki.
Znużeni flisi w południowej chwili
Przynieśli kociół by zgotować strawę.
Na stosie łomu ogień naniecili
I taką z sobą prowadzą rozprawę.
Jeden z nich mówi: — „Ej, doloż ty nasza!
Prędkoż my w Niżnim staniem Nowogrodzie?
Daj Boże dobrnąć na dzień Eliasza,
A może zresztą i dopchniemy łodzie.“
Drugi odpowie: — „Och, jak to niemiło,
Gdy w drodze rany rozjątrzać się zaczną!
Gdyby mi tylko ramię się zgoiło,
Jak niedźwiedź szlejkę ciągnąłbym bajdaczną.
A gdyby jutro umrzeć sobie ładnie,
To jeszcze lepiej byłoby dla człeka.“
Tak mówiąc, na wznak na ziemi się kładnie,
A jam nie pojął, na co on narzeka.
Ale ów nędzarz, co jęczał daremnie,
Znękany pracą, złamany chorobą,