Strona:PL Antologia poetów obcych.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z leśnych dzwonków i konwalji,
Wstaje cały huf Dyjanny:
Odgłos rogów grzmi w oddali,
I gwar słychać nieustanny.

Tu znów, inne jakieś dziwa:
Z kwiatu wstaje młodzian smętny;
Lekko śpiącej pierś odkrywa,
I wzrok topi w niej namiętny.

I w komnacie, gdzie wesoło,
Przed godziną śniły dziewa:
Wnet się w jedno łączą koło,
I chór groźny tak rozbrzmiewa.

„Dziewczę! tyś nas nielitośnie
Z łąk wyrwała, gdzie mieszkamy:
Tam nam było tak radośnie,
A tu nędznie umieramy.

Jakże byłyśmy szczęśliwe,
Na tej łące umajonéj,
Co nas w barwy stroi żywe,
I w liść świeży i zielony.

Przez konary drzew szumiące,
Słońce wciąż się do nas śmiało;