Strona:PL Antologia poetów obcych.djvu/040

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I żyć uczciwie będziem, me serce,
Sami, we dwoje, pod drzew osłoną.
Gdy on śmiał rzucić swe dziecię hoże,
Przy mnie by nigdy nie zdołał zostać:
On cię już dzisiaj skrzywdzić nie może,
Lecz sam, ah biedny, jak straszna postać!
We dwoje, skrycie, co dzień o świcie,
Będziem się modlić za jego życie.

Dziwów nauczę mego chłopczyka,
Jak sowa śpiéwa kiedy mrok wita...
Cóż to? me dziecię usteczka zmyka?
Znać, żeś już piersi miało do syta.
— Gdzieś ty, gdzieś drogie me własne dziecię?
Cóż to za brzydkie oczy w tem ciemnie?
Ach! wzrok tak dziki, nigdy na świecie
Nigdy nie wyszedł — nigdy — odemnie!
Jeśli kochane, tyś obłąkane,
To już na wieki smutną zostanę...

Zaśmiéj się do mnie drogi baranku;
Jam twoja matka; ma miłość stała —
Wszak doświadczona? Jam bez ustanku
Wszędzie ci ojca w koło szukała.
Znam ja trucizny, znam i korzenie
Które na pokarm ziemia nam niesie;