Strona:PL Antologia poetów obcych.djvu/039

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gałąź się żywa, powiewem zrywa:
Ot, nam z ochłodą wietrzyk przybywa.

Kochaj mnie, kochaj, moje pacholę,
W tobie jedyne matki rozkosze;
Nie bój się wałów morskich na dole,
Gdy po skał zrębie ciebie przenoszę;
Wzniosła opoka mnie nie uszkodzi,
Ni spad potoku choć się rozjuszy,
Bo nad przepaścią i śród powodzi,
Ty na mem ręku bronisz mej duszy;
Więc śpij u łona, bom uszczęśniona;
Dziecię bez matki więdnie i kona.

Przeto się nie bój, — dla twej opieki
Jak lew odważna będę w potrzebie;
Przez zaspy śniegów, przez bystre rzeki;
Zawsze bezpiecznie powiodę ciebie;
Ja ci indyjską altankę splotę,
Najmiększe liście dam za posłanie;
I gdy do śmierci me dziecię złote
Mnie nie opuści, wiernem zostanie,
To przy mnie wzrośnie i tak radośnie
Śpiewać mi będzie, jak ptaszek w wiośnie.

Nie bacz, co mówią na mnie oszczerce,
Jam twego ojca ślubną jest żoną: