Strona:PL Anakreon.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Cóż się wciąż uganiać mam
To po górach, po dolinie,
Albo w różnych drzew gęstwinie.
Aby żywność znaleźć tam?...

Dzisiaj słodki ja chleb dziobię
Na Anakreona dłoni;
A gdy mnie pragnienie skłoni,
Wprost do czary idę sobie
Której usta dotykały
Pańskie: napój mam wspaniały.
Gdy zaś sen nadchodzi, radam
Siąśdź na jego lirze... siadam. —

Dość! Już wszystko się wysnuło:
Wiesz, co chciałeś... Idź, człowiecze!
Przez cię stałam się gadułą,
I jak jaka sroka skrzeczę. —



53. PIENIĄDZ.[1]

Niekochać — smutna to rzecz,
I kochać smutno też; lecz
Najsmutniej, gdy miłość nasza
Zamiast przynęcać — odstrasza.

Urodzenie nic nie znaczy.
Rozum, prawość, — nie inaczej;
Pieniądz popłaca jedynie.
O! niechaj ten pierwszy zginie,

  1. Z treści i tonu poważnego wiersz ten najmniej ze wszystkich wygląda na utwór samego Anakreona, a jednak być nim może. W wydaniu Bergka (Lir. graec), na stronicy 1020, znaleźliśmy autentyczny okruch utworu tego poety, w słowach: — „Jeszcze wtedy Pejtho nie świeciła blaskiem srebra“ (Ουδʹ ἀργυρέη ϰω τοτʹ ἐλαμπε Πέιϑω); wiersz jedyny, stanowiący przymówkę do płatnych mów i pieśni spółczesnych, a świadczący że nie obcem było oburzenie poety przeciwko przekupstwu. Niema więc nicniepodobnego ażeby i cała pieśń niniejsza była jego własnym utworem.