Strona:PL Alfred de Musset - Poezye (tłum. Londyński).pdf/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Idę; dalibóg racya, gdy już świta szczerze,
Bardzo rzecz naturalna, gdy się człek rozbierze.
Śpij sobie, jeśli zaśniesz, lecz mnie nie do spania,
Oczy mi się nie skleją wśród tego świtania.

— Chcesz mnie samą zostawić? Cóżem zawiniła,
Żem się swojemu władcy tak stała niemiła?
— Pani! — Luigi odpowie, zmierzając ku damie.
A że się z pod przykrycia zwieszało jéj ramię,
Tak jak widzimy nieraz, gdy się w brzeg puharu
Wpiją z natarczywością usta pełne żaru,
Tak i on pocałunek wycisnął palący
Na tém białém ramieniu, i rzecze wpółdrżący:
„Tyś jeszcze nie poznała, Wenecyanko szczera,
Téj florenckiéj trucizny, co w piersi się wżera,
I żyły trawi. Dla niéj dość jednego słowa,
A dziesięć lat rozkoszy z serca wziąć gotowa.
I jak bagno nieczyste ten pierwszy skarb duszy —
W nas miłość, a w kobiecie honor — wnet osuszy!
Ból, co zmysłów pozbawia, bez końca, bez leku,
Ból straszny! Jam go wyssał w matki swojéj mleku.”
— Jaki ból? — rzecze Porcya. „Ten, gdy o człowieku
Mówią, że jest zazdrosny. Tak się to nazywa.”
— Matko Boża! Więc o mnie... o ja nieszczęśliwa! —
O mnie jesteś zazdrosny? — „Ja? Ależ broń Boże!
Ja zazdrosny? Na honor, nie! Tak tylko bywa!
Czym się przyznał do tego? Nie, to być nie może!
Ja zazdrosny! I przez co?... Spij, śpij, drogie dziecię.
...................