Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XIII.djvu/042

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Odetchnął G.... z H.... i U.... z L....
Trzeba zacząć rachunki choćby tylko zerem...
I znów stanął Rosynant tym razem skrzydlaty,
Któremu dano nazwę ludowéj oświaty.
Oświata! wielkie słowo... lecz z deszczem nie spada,
Szerzy się z kropli — w kropli barwa i zasada;
W nocy tylko pioruny czasem połysk dały,
Ale jutrzenka zwolna zalewa świat cały.
Rozpuszczono po kraju belferów tysiące;
Nauka tychże chłodna, żołądki gorące,
Aby z nędzy i głodu nie zmarnieli w szkole,
Niezgody i pijaństwa muszą zasiać pole.
I z jakiejże wszechnicy wyjdą te latarnie?
Czy zastępców dostarczą klubowe piwiarnie,
Które już z abecadłem dziatwę żebrać uczą,
A potem butną młodzież paszkwilami tuczą?
Czy te szaleńce, których nihilizm żywiołem,
Co świątynie miedzianem rozwalając czołem
Pędzą w życie na oślep, pędzą bez wędzidła;
Gdzie pociąga rozpusta i chciwość obrzydła?
Kraj pod zgangrenowanym obczyzny naciskiem
Staje się coraz więcéj szaleństwa igrzyskiem.
A gdy rozterki siły rodzinne rozwiodły
Małpiarstwo leje błędy w zagraniczne modły.
Scena co odźwierciadla paryskie nałogi,
Powiększonym refleksem pcha je w nasze progi.
Tam wszystko jest komedyą — a ta nic nie warta,
Gdzie nie działa frajerka pod tarczą benkarta;
Gdzie stare zalotnice i stare gamraty
Nie chełpią się rozpustą spełnioną przed laty.
Szerokie pole zbrodni, ale wązka ścieżka,
Tam gdzie obok śmieszności dobroduszność mieszka.