Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pierwéj, jakie to indywidua i to właśnie w czasie, kiedy rozboje mnożą się coraz bardziéj. — To rzekłszy, wziął świecę i wyszedł do pierwszéj izby, gdzie w ciemnym kącie koło pieca stało kilku Żydów. Wzniosłszy światło nad głowę, aby lepiéj widzieć przed sobą, postrzegł, że jeden z podróżnych, stojący na przodzie, cofnął się za drugiego, ku temu więc zwrócił się i w oczy zaświecił. — Był to Żyd, jeszcze młody, wysoki, chudy, żółtawéj cery, czarnéj, krótkiéj i rzadkiéj brody. „Zkąd Panowie kupcy?“ zapytał Kitajgrodzki. — Z Węgier, odrzekł zapytany i zasłaniając ręką oczy, jak gdyby go światło raziło, chciał się do drzwi zbliżyć. Ale Kitajgrodzkiego pozbyć się nie łatwo było, zwłaszcza kiedy się ciekawością czém zajął. — Zkąd? — Dokąd? — Poco? — Którędy? — Na długo? — pytał i zatrzymywał, nareszcie spuściwszy światło, chwycił za połę płaszcza cofającego się bladego Żydka, podniósł ją i odkrył pałasz przy boku, a daléj parę pistoletów za pasem. Wszczął się hałas — straż przybyła — chwycono podróżnych — okuto wszystkich i odesłano do kryminalnego więzienia. Młody żyd był to ów słynny Wulf, herszt rozbójników.
W kilka miesięcy po swojém zwycięztwie, dowiaduje się Kitajgrodzki, ze Wulf uszedł z więzienia, i że dał się słyszeć: „Nikogo jeszcze nie zabiłem, ale Kitajgrodzkiego jak schwycę, pasy z niego drzeć będę“. — Zrozumiał Szlachcic, że to nie przelewki, że tu idzie o gardło, i że on albo Wulf zginąć musi. Pojął oraz, że tylko prędkie i energiczne środki mogą dowieść do celu. — Nie tracąc więc czasu, spieniężył co mógł, dopożyczył jeszcze, kupił koni,