Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na opiekuńczém łonie Rodziców. — Wiele osób okazuje żałobę serca po stracie Rodziców, pokrywając ich pamięć świętem milczeniem, a ja chciałbym żeby mnie moje dzieci wspominały, jak gdybym jeszcze był z niemi. — Ja lubię wspominać mego Ojca jak najczęściéj, robić go uczestnikiem i wesołych i dobrych chwil moich — zdaje mi się, że się On wtenczas do mnie uśmiecha. — Spoczywaj! Spoczywaj w Bogu, Ty dobry, prawy, drogi, kochany Ojcze!


Deszcz padał — z lasów się kurzyło — smutna była Cisna. Siedzieliśmy przy kominie słuchając odgłosu młotów, co nas z bliskiéj fryszerki dochodził. Ktoś wspomniał rozboje — przypomnieliśmy Wulfa a mój Ojciec, jak dobrze pamiętam, tak mówił:
Wówczas, kiedy Żyd Wulf, na czele kilkunastu łotrów, obdzierał podróżnych, najeżdżał domy i coraz straszniejszym się stawał, mieszkał w Sanockiém niejaki Kitajgrodzki. Szlachcic czynny, zabiegły, odważny, ale przytem trochę zawadyaka i wielki wciubski, nie znał lub znać nie chciał mądrego krakowskiego przysłowia: Nie wtykaj nosa, gdzieś nie dał grosza. — Otóż razu jednego, w zimowéj porze, ten Kitajgrodzki nocował w Barwinku u Naczelnika komory. Koło dziesiątéj, kiedy się już do spoczynku zabierano, Strażnik przyniósł do podpisu kilka paszportów żydów jadących z Węgier. Naczelnik siadł do bióra i zaczął podpisywać, gdy Kitajgrodzki zasłyszawszy z alkierza o co rzecz idzie, wyszedł w pół ubrany i zaczął przyganiać téj łatwości, z którą przepuszczają przez granicę, nie przekonawszy się