Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Równie jak ten drugi zawistny miłostek i sławy żołnierskiéj:

Płynie łódka płynie, po głębokiéj strudze,
Ożenię się z tobą jak z wojny powrócę.
— Nie będę ja czekać, bo kto z wojny wraca
Nie zawżdy wszystkiego w sobie się domaca.

Wszystkie te wspomnienia nie wiele pomagały, zacząłem słabnąć widocznie w walce z snem, co mnie oskrzydlał coraz, coraz ciaśniéj. Daremnie głowę podnosiłem, oczy otwierałem, głowa spadała, oczy się zamykały. Gwiazdy to mi gasły, to mi błyskały, a zawsze daléj, coraz daléj, coraz ciemniéj. W tém lekkie wstrząśnienie mojéj nogi i przeciągnięte: Pst!... wraca mnie w świat, z któregem się był już na pół wyśliznął. Podnoszę głowę. Mój przewodnik wyciągnął rękę na lewo, trochę przed siebie, ale milczał jak kamień. Pojął on, w ciemię nie bity, że milczenie nam jak Kamedułom do zbawienia było koniecznie potrzebném. Nie mógł zapomnieć i o swoim brzuchu; ten zawiele miejsca zajmował, aby mógł być zupełnie bezpieczny, w razie gdyby jaki szelest ściągnął strzały w naszą stronę. Prawda, że w nocy trudno trafić, ale djabeł nie śpi i chybnéj kuli można w drogę wjechać. Spojrzałem w stroną wskazaną i postrzegłem w znaczném jeszcze oddaleniu ognie biwaków. Co chwila zmieniało się ich położenie względem nas. To nam się zdawało, że są na lewym, to, że na prawym brzegu, to, że prosto w sam ich środek płyniemy, to znowu, że nas nie powinny niepokoić, bo to jakiś obóz daleki od naszych brzegów... że nawet już niby za nami. Potém czas jakiś, wszystko znikło — ciemno — aż naresz-