Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cie skręcając nagle ujrzeliśmy rzekę niby słup przed sobą. Lewy brzeg oświetlony, a prawy czarny leżały przed nami, jak dzień i noc, jak życie i śmierć. Niektóre ognie nie były daleko od wody, bo ich odblask padał na rzekę jak poprzeczne szczeble, co się kurczyły albo przeciągały w miarę jak się płomień wznosił albo opadał. Zbliżyliśmy się jeszcze więcéj do prawego brzegu. Wiosła spoczęły. Prąd nas posuwał. Słyszałem oddech grubula. Nie było wprawdzie podobieństwa, aby nas zasłyszano — tém więcéj, że ognie jeszcze świeże, cienie przesuwające się po przed nie, pluśnięcia wody, nareszcie i szmer dochodzący na nasze spotkanie, wszystko kazało wnosić, że obóz był w pierwszych chwilach roztasowania, a wtenczas każdy jak w młynie własnego głosu nie słyszy. Zbliżaliśmy się — zrównali — w obozie coraz głośniéj — w czółnie coraz ciszéj. Że zaś obóz stał, a my płynęli, musieliśmy najnaturalniejszym sposobem minąć go nakoniec. Niknęły za nami powoli światełka, jak owe iskry ze spalonego papieru, na które mówiono mi w dzieciństwie, że to zakonnice spać idą. Kręcą się... biegną... jedna po drugiéj gasną... wszystkie zgasły... śpią wszystkie. Ileżto drogich iskierek już nam nie zgasło!... sercu tylko świecą, świecić nie przestaną.
Noc znowu czarna zaległa świat za nami i przed nami. Cośmy widzieli snem się zdało. Mój urzędnik pytla zaczął głośniéj sapać, przemówił nawet parę razy, ale jeszcze szepcząc, zapewne przez uszanowanie dla niedawnéj przeszłości. Podobny w tém do dworaka, co za zamkniętemi już drzwiami jeszcze się kłania, albo co uśmiech fałszywy aż do domu