Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mogłem do woli robić astronomiczne postrzeżenia. Patrzałem na gwiazdy. Mrugały. Nie wiem czy przez to chciały powiedzieć: Ah! c’est Vous Siukoroski! czyli téż może z utrudzenia, że zawsze muszą patrzeć, a nigdy na coś dobrego. Albo téż mrugały jak człowiek, który postrzegłszy coś niespodziewanego nie dowierza oczom swoim. Tak jest, gwiazdy moje, zawołałem w myśli, ja to jestem, przy Głównym Sztabie Wielkiéj Armii, ja, który zawsze stroniłem od Sztabów ugrzązłem w najnieznośniejszym. Przy każdym Sztabie mniéj więcéj trzeba nadskakiwać, dworować, czapką i papką ujmować, a czasem Mospanie i buty uszyć komu. Trzeba swoje zalety kłaść w każde ucho, jakie się nastręczy, duże czy małe, pod hełmem czy pod kornetem — a uszy podadzą pamięci, pamięć rozumowi i rozum uwierzy, bo powié: Vox populi, Vox Dei. Ja tego wszystkiego nigdy nie umiałem. Moje miejsce było w Linii. Los mnie czasem naprzód wypchnął, a jeden Bóg tylko wié, do ilu cierpień duszy bywało nieraz powodem to, co gmin szczęściem nazywał, czego mi nieraz zazdrościł. Ile to goryczy nie wlało w serce moje. I tak wcześnie! I tak późno!
Zostaw Panie Szlachcicu twoje czoło na domowym zapiecku, kup sobie wstępując w świat inne, miedziane, dobrze wytarte... Wierz mi, nie źle na tém wyjdziesz. Wiem, wielkie słowo, powtarzaj śmiało. Mądry ci uwierzy, bo u niego wiedza nic dziwnego. Głupi nie zaprzeczy, bo sam nic nie wié. A nim okoliczności obnażą cię z cudzych piórek, już wtenczas stać będziesz tak wysoko, że od twojéj nagości oczy tylko odwracać będą. Jedni ze wstydu