Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/092

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


że się na niéj wcześniéj nie poznali, drudzy że z niéj korzystać zechcą, a reszta że się lękać będzie Akteona losu. Możnemu na psich pyskach nigdy nie braknie.
Ale prawda przed wszystkiém moi Państwo, a prawda nie szkodząca nikomu. Nie wszystko ja co do słowa myślałem w czółnie, co teraz myślę przy stoliku. Przebaczcie mi te anachronizmy. Trudno przepiłować się na dwoje i dwie ze siebie zrobić połowy, jedną jakim się było, a drugą jakim się jest. Niema jednak wątpliwości co do treści rzeczy, że sztabowéj służby nienawidziłem, że jéj wówczas złorzeczyłem, i że mi kaducznie zimno było.
Po kiegoż diabła wlazłeś Pan do niéj?... Ach mój Mości Księże Proboszczu! Nie zawsze tam się włazi gdzie się chce, ani też nie zawsze się nie włazi tam gdzie się nie chce.
Na wiosną 1812 r. los wysunął mnie naprzód. Miałem lat ośmnaście. Zostałem Kapitanem Adjutantem Majorem w 5tym pułku strzelców konnych. Niedość więc że awansowałem, niedość że mnie zdolnym uznano pełnić obowiązki Adjutanta pułkowego, co większéj czynności i większéj znajomości służby wymagało, niż dowództwo kompanii, ale jeszcze do tego awansowałem z nowego do starego pułku. Tu potrzeba małego objaśnienia. Muszę nawet dotknąć trochę, bardzo niewiele i polityki, nie rezonując, broń Boże, albo powtarzając co mądrzy ludzie napisali, aby oświecić przyczyny wówczasowego naszego położenia.
Kiedy stanęło zawieszenie broni w Wiedniu 1809 r., Napoleon nie był zdecydowany, co robić z zawo-