Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/021

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


opuściłem ręce i przestałem żyć i pracować dla świata. Dziwna rzecz. Niech każdy człowiek w późniejszym wieku spojrzy w życie za siebie, — niech dobrze śledzi powody, przyczyny ważniejszych swoich zdarzeń, a ujrzy pewnie jakąś osobistość, która zawsze w jego atmosferze, jakby drabant obok niego grawitowała i która zawsze pośrednio albo bezpośrednio, z wiedzą lub bez wiedzy wywierała swój wpływ na jego życie pomimo nawet częstokroć niższego stopnia wiadomości i ukształcenia albo i rozumu naturalnego. Nie jest wszakże myślą moją ganić rady lub przestrogi rzetelnéj życzliwości, napomnienia macierzyńskie szczerej przyjaźni, — przeciwnie, szczęśliwym nazwę tego, który zawsze miał je przy sobie w podróży życia jak owe rószczki wrzosu wzdłuż przepaścistéj ścieżki co niby rękę podają podróżnemu, jeżeli mu się czasem noga z dobréj drogi zesunie. — Ale gdzież mnie, w jaki świat daleki odwiodło to słowo: Prawda. Spinałem się po szczeblach, co się za mną łamały a teraz jakże wrócić na poziom? Skoczyć trzeba, nie ma innego sposobu. Skaczę więc równemi nogami do Onufrego, jego kłótni i bójki. — Powiem prawdę, rzuciwszy wszakże na nią lekką gazę przyzwoitości, na jaką stać tylko może starego ułana.
Jednego wieczora, było to w Saxonii, w Dreznie, w oberży pod Jeleniem, gdzie stałem kwaterą. Onufry poszedł do Rezli, sztubmadli, i zawołał czystą niemiecczyzną: „Na — top!“ — Dziewczyna rozśmiała się i przedrzeźniać zaczęła. — „Czego się śmiejesz małpo? krzyknął luzak po polsku, nie rozumiesz co Na — top?“ — Od słowa do słowa aż boli głowa,