Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom VIII.djvu/094

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Co jéj stawiał pod strzechą kądziel i kolebkę,
    Chwyciła kij wędrowny, podróżną torebkę,
    Pełna siły, nadziei, ufna sama w sobie,
    Rzekła: pracą i cnotą szczęścia się dorobię.
    Lecz wkrótce jak ją życie w twarde wzięło kluby,
    Poszła ze straty w stratę, aż na dno zaguby.

    Zosia.

    Strasznie! okropnie!

    Paulina.

    Stoisz nad rozstajną drogą,
    Zastanów się wprzód dobrze nim posuniesz nogą.
    I wierz mi, bo ja ciebie czczém słowem nie łudzę,
    Że lepsza chatka swoja niż pałace cudze.
    (Odchodzi.)

    Zosia (sama, zwolna uklęka).

    U Ciebie, Boże prośba niech mi sił wyjedna...
    Bo upadam... bom biedna... bardzo, bardzo biedna.





    SCENA V.
    Zosia, P. Wacław.
    P. Wacław (czas jakiś w milczeniu patrząc na nią, jakby do siebie).

    Nie, nie, to być nie może.

    Zosia (zwracając ku niemu oczy — spokojnie).

    Prawda, że nie może? —
    (wstając)
    A jednak hańbę taką znieść muszę w pokorze.

    P. Wacław.

    Nie, nie, Panno Zofijo, znośmy tylko tyle,
    Ile potrzeba, zbyt własnéj nie ufając sile.