Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom VIII.djvu/033

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zosia.

Boże, Boże! to wiele, nadto na me siły
(stając we drzwiach ogrodowych)
I staje... (kiwając chustką)
Prędzéj... prędzéj... tam... drzewa by skryły...

Szymon (za drzwiami).

Nie ma nikogo, nie ma... wierz mi Pan, że nie ma.

P. Wacław (wchodząc).

Nic nie szkodzi.

(Na słowa Wacława, Zosia zamyka drzwi i staje przed niemi jakby chciała zasłonić i tak nieporuszona i ze spuszczonemi oczyma zostaje aż do wejścia Wacława — Szymon wszedł za Wacławem i zatrzymał się w pół sceny, pomieszany stoi tam do końca aktu. — Wacław wszedłszy i postrzegłszy Zosię, spojrzał na Szymona — idzie do stolika, bierze książkę, potém śledczém okiem spojrzawszy na Zosię, kłaniając się mówi:)
P. Wacław.

Przepraszam. (Odchodzi.)

Zosia (zaledwie Wacław zamknął drzwi, do Szymona).

On słowa dotrzyma...
Prawda?.. On nie zły człowiek... prawda?.. Tylko głowa
Szalona.... lecz ja ręczę, on dotrzyma słowa...
Tylko pieniędzy...

Szymon.

A skąd?

Zosia.

Zegarek zastawisz...
A im spieszniéj, tém prędzéj mnie i jego zbawisz.

(Wciska zegarek dobyty ze szuflady w rękę Szymona i odchodzi. Szymon zostaje na miejscu w bolesném zamyśleniu — zasłona spada.)
Koniec aktu I.