Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IV.djvu/310

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Helena (oczy ku niebu wznosząc).

Jak był dotąd!

Ludmir.

Pozwól, piękna Heleno, niech w mglistém życiu gwiazda nadziei dla mnie zaświeci.

Helena.

Ni pogodna jutrzenka pogodnego wieczora, ni spokojnie błyszcząca gwiazda pogodnego ranka, rękojmią być nie może. Chmury niosące burze zawsze są w odwodzie, zawsze nas trwożyć powinny.

Ludmir.

Ach, nie trwożyć; bo jeżeli pogoda, równie bu rza nie jest trwałą.

Helena.

Ale burza często niszczy.

Ludmir.

Zniszczenie i śród pogody uderzyć może — na to każdy człowiek przygotowany być powinien. — Nikomu może tyle, ile mnie, los cierni nie narzucał na drogę życia, jednak postępuję śmiało.

Helena.

Czy tylko nie zbyt śmiało?

Ludmir.

To wkrótce okazać się musi.

Helena (z trwogą).

Wkrótce? wkrótce? jest że jakie przedsięwzięcie?

Ludmir.

Wielkie przedsięwzięcie, którego skutek stanowić będzie całą moję przyszłość; który nagrodzi zdroje goryczy, pojącej mnie dotychczas. (Z przesadą) Albo wtrąci w czarną otchłań dzikiej rozpaczy. (Na stronie) O, tak!

Helena (niespokojnie).

Także wielkich doznawałeś Pan nieszczęść?