Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IV.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nadać kształt wonnemu bukietowi. (na stronie) Idźże, idź do stu piorunów! —

Helena.

Ach nie, proszę kwiatów nie zrywać; i tak krótkie chwile ich życia — jeden tylko uśmiech wieczności — nacóż porywczą ręką przyśpieszać zniszczenie. — Kwiat, gdy raz opadnie, przyszłości już nie ma.

Wiktor.

Śmiejże się teraz Ludmirze.

Ludmir.

Z czegoż mam się śmiać?

Wiktor.

Wszak zawsze śmiałeś się, kiedy ja podobnie zachwycałem się pięknością natury.

Ludmir (cicho do Wiktora).

Zdrajco!

Wiktor.

Nazywałeś to szaloną romansowością.

Ludmir.

Ja? ja? (do Wiktora, na stronie) Co ty robisz? człowieku!

Wiktor.

Nie uwierzysz Pani, jakie między nami zawsze kłótnie, lubo pewnie niema w świecie lepszych przyjaciół. — Ludmir wszystko bierze tak, jak zmysły podają. (Ludmir trąca go łokciem) Nie przypuszcza żadnego uniesienia władz duszy za krańce dotykalnego, a przynajmniej zaocznego świata.

Ludmir (na stronie).

Morderco!

Helena.

Zdziwiasz mnie Pan niewymownie. Byłam wcale innego przekonania; i z rozmów, które miałam ukon-