Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IV.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

przyjemności doznane z jego powodu, a które gorzko zatruwają jasne dnie wiosny mojego życia.

Ludmir.

I ja bardzobym żałował, gdyby pan Jowialski już położył koniec temu żartowi.

Helena.

O! tą trwogą serca kołatać nie można. — Dziadunio nie tak łatwo zmienia przedmioty swoich zabaw. Nie raz to już pierwszy, że ledwie nie na klęczkach wszyscy błagać musimy, aby jakibądź żart zaprzestał.

Ludmir.

Mogą więc wpuścić do duszy nadzieję, iż jeszcze dzień cały ze mną bawić się będą?

Helena.

Wychodzi to z wszelkiego obrębu niepewności.

Ludmir.

Nie widzę zatém potrzeby odkrycia, iż nie jestem szewczykiem, coby popsuło zabawę dziadunia dobrodzieja.

Helena.

I mnie się zdaje, że niema potrzeby. Przytém i my, odwetem wzbudziwszy wesołość, jej rosą odświeżymy duszy spiekotę — Ale mogęż spytać o nazwisko?

Ludmir.

Ludmir.

Helena (na stronie).

Wdzięczne imie!

Ludmir.

Co się tyczy zkąd jestem, kto jestem, długiego potrzebowałbym czasu na opowiedzenie dla mnie tylko ważnych zdarzeń. A wkrótce nadejdzie Janusz, którego brać na męki zazdrość zaczyna.