Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IV.djvu/223

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
Helena.

Jakichże przyczyn kołowrót mógł wyrzucić kostkę takiego skutku.

Ludmir.

To odlanie cieniów duszy w giętkie brzmienie mowy, którém raczysz pieścić ucho moje, odkrywa mi Pani, w tobie istotę wyższych pojąć skarbem udarowaną. Jakże się dzieje, że pan Janusz, którego odrętwiałość umysłowa młyńskim kamieniem do ziemi przyciska, mógł wznieść oko żądania ku twej wysokości? — A jeszcze więcej, jak mógł otrzymać z ust twoich różany promyk nadziei?

Helena.

Nie z moich ust, niestety! Mam macochę — więcej mówić nie potrzebują — jestem sama — od kolebki bez matki, idę w świat bez światła i rady. Pierwszy zaś rzut oka przekonał Pana zapewne, jak zresztą jestem otoczona dobremi ludźmi; ale tylko dobremi, dobremi i dla złych.

Ludmir (z prawdziwą czułością).

Bez troskliwych nauk matki zaczęłaś drogę życia, biedna Heleno. — Któż ci za złe mieć może mylne wyobrażenie rzeczy....

Helena.

W czémże mylne?

Ludmir.

Gdyby mylne były. — Sierota więc — między krewnemi a całkiem obcemi.

Helena.

Niestety!

Ludmir.

I moje usta nigdy nie wyrzekły: ojcze ani matko. Także sierota, od niemowlęcia sam w życie postępuję.