Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IV.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

spiącego w ogrodzie, kiedy pan Janusz wpadł na myśl arcyszczęśliwą, biednego wędrownika uczynić celem igraszki i szyderstwa.

Helena.

Takie to są zawsze prawie jego pomysły, taka wesołość zawsze: zawsze ją ktoś opłacić musi. Nieszczęściem dziadunio, aby miał tylko rozrywkę, niebardzo jest przebierający w sposobach do tejże.

Ludmir.

Pani zapewne będziesz mojego zdania: iż w oczach duszy szukającej upragnionej estetycznej piękności, każde uderzenie w ogniwo łączące ekscentrycznego uczucia zarzewie z kołem toczącem się zmysłowo w obrębie materyalizmu, wyrywa nas z mgły lubej tęsknoty, owej jutrzenki boskości.

Helena.

W samej rzeczy. Ileż to razy chroniłam się, uciekałam sama ze siebie przed zimnemi zarysami marmurowych kolei, w których mnie towarzyskość ołowianym więziła łańcuchem.

Ludmir.

Zdaje mi się, iż to: Jest, które działa w materyalnej bryle pana Janusza, pokryte zostało w pierwotném wyrobieniu pojętliwości, jakoby niejakim pyłkiem poziomych oddźwięków dotkliwego świata.

Helena.

Jest tylko tlejącém kagańca zarzewiem, nieoczyszczonym promieniem ognia, źródła niezgłębionej wieczności. — Zdaje się, iż jedynie dla plastyki został postawiony ręką natury w prądzie czasu.

Ludmir.

Na mnie teraz kolej nurzać się w mętnem morzu podziwienia.