Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IV.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
Helena.

Słuchaj mnie ojcze: ja nie mogę, jak tylko...

Szambelan.

Zaraz, zaraz, tylko samotrzask zastawię; zaraz wrócę, na jednej nodze — interesa przed wszystkiém.

(wybiega nucąc)


Helena (sama).

O Nieba! jakże jestem samą! jednak z nim tylko jednym mogę mówić — przynajmniej czasem mnie słucha i pojmuje; przyznaje, że słuszne moje żądania. Macocha od jakiegoś czasu prawdziwą stała się macochą — bylem się jej tylko z domu umknęła! Ach, biedna Heleno!

Szambelan (wchodząc do Heleny).

Jestem słucham. (do siebie nawiasem) Pełno szczygłów i dzwoniec się odzywa. (do Heleny) Ale cóż to znaczy, że jesteś sama? gdzież niewolnik twoich wdzięków?

Helena.

Ach, niewolnik moich wdzięków!

Szambelan.

Jakieś bardzo kwaśne: Ach!

Helena.

Nienajsłodsze, kochany ojcze.

Szambelan.

Nie kochasz go, to nie idź za niego i kwita. Ja ojciec, ja ci to powiadam; rób co chcesz.

Helena.

Wszakże wczoraj inaczej mówiłeś.

Szambelan.

Inaczej?

Helena.

Kiedy matka wzbraniała i tych trzech dni mizernych zwłoki, o które błagałam.