Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IV.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
Szambelanowa.

Mój mąż więc teraźniejszy, którego Paniczem w domu zowią, lubo ma lat pięćdziesiąt, nie ma żadnego zdania. U niego wszystko: dobrze, bardzo dobrze — byle nie trudnił się niczém jak tylko swojemi ptaszkami, byle jadł dobrze, spał jeszcze lepiej. To jest człowiek nie do obudzenia, jak worek grysu. Hélas!

Janusz.

Powiedział mi wczoraj, że bardzo będzie szczęśliwy mieć za zięcia tak rozumnego człowieka.

Szambelanowa.

Trzy razy w godzinie powie czarno, biało i znowu czarno, a nawet nie wie, że zmienił zdanie. Mon Dieu!

Janusz.

Zatem robi co Pani Dobrodziejka rozkaże.

Szambelanowa.

Robi co każę, niema wątpienia, bo robić musi; ale za chwilę zrobi także co mu jego strzelec każe. — Szczerze Waćpanu powiadam, że na wotywę dam, jak się z tego domu wydobędę. Co jednak prędzej nastąpić nie może, aż Helena za mąż pójdzie — gdyż stary Jowialski, który bez licznego towarzystwa obejść się nie może, przy naszym ślubie wieś nam wypuszczając położył warunek, iż póty przy nim mieszkać będziemy, póki Helena za mąż nie pójdzie. — Vous figurez-vous.

Janusz.

A natenczas.

Szambelanowa.

Ona z mężem tu bawić będzie. Ale trzeba powiedzieć: ni do dziada, ni do ojca nie podobna. Dobre dzie-