Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IV.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
Wiktor.

Szkoda pióra.

Ludmir.

Ach, kiedy też już zejdziemy z tych woskowanych posadzek, na których ciągle kręcimy się i kręcimy aż do nudzącego zawrotu głowy. — Znajdziesz, bądź pewny, między prostym ludem: rozsądek, dowcip, przenikliwość, przebiegłość, lecz inaczej wyrażone; może za ostro, ale za to lepiej. Tam wszystko właściwe nosi nazwisko: kmotr zowie się kmotrem, a łotr łotrem — tam w każdym wyrazie jest myśl, dobra czy zła, ale jest. Nie tak jak w naszych salonach: kwiaty na kwiaty sypią, a dmuchnij, niema nic, zupełnie nic. Dlatego też i my autorowie wolimy trzymać się kwiecistych nicości — łatwiej stroić niż tworzyć. — Ty wina pić nie będziesz?

Wiktor.

Dla czego nie będę pić?

Ludmir (wypiwszy).

Myślałem że nie będziesz dla złego humoru; nic tak nie szkodzi, jak wino na żółć wzburzoną.

Wiktor.

Dolejże,

Ludmir.

Jak te Van-Dyki piją! — Oddaj że mi szklaneczkę.

Wiktor.

Dopieroś wypił.

Ludmir.

Otóż... coś miałem mówić... (pije) Razem wydamy opis naszej podróży; do każdego rozdziału ty dołączysz rycinę.